Nie śpij, bo Cię okradną...
Dodane przez Morfeus dnia Sierpień 08 2019 17:00:50
Dzień dobry niestety. Wybrałem sobie taki nick, bo wychodzi na to, że przez sporą część życia śniłem. Brutalne przebudzenie i już jako dorodny okaz rogacizny znalazłem się tu... Moja historia nie różni się bardzo od wielu, które tutaj poznałem. 15 lat po ślubie, 22 lata w związku, dwójka dzieci w wieku szkolnym podstawowym. Około 4 miesiące temu dowiedziałem się o zdradzie żony. Klasyk objawów - stronienie ode mnie, telefon przyspawany do ręki, wszystko nagle zahasłowane, całe popołudnia nos w laptopie, nieco późniejsze niż zwykle powroty z pracy. Wtedy nie zwracałem na to uwagi, nie chcę się o tym rozpisywać, po prostu poczułem przez skórę, że mnie zdradza, a o tych symptomach poczytałem już po fakcie. Tknięty przeczuciem zastosowałem tani, łatwy fortel i przyznała się sama. Moja reakcja była nieco bardziej dramatyczna niż zwykle to bywa, bo mój stosunek do małżeństwa i żony jest szczególny, a i ja jestem z całą pewnością specyficznym człowiekiem, ale o tym później. Przez pierwszy miesiąc przedstawiała fałszywy, łagodniejszy obraz swoich "przygód". Sporo się napracowałem, aby uzyskać prawdziwą wersję wydarzeń. Oczywiście certyfikatu autentyczności nie posiadam, bo tę drugą wersję znam również od niej. Co mi opowiedziała? A więc - zaczepił ją przez messenger facet, któremu wpadła w oko. Nie znała go, nie wiedziała jak wygląda. Miała go w jakiejś grupie na facebooku. Podobała mu się, spróbował. Po około tygodniu pisania do siebie, zaczęli się spotykać. Po około dwóch kolejnych tygodniach znajomości, już jeździła z nim do lasu na seks. Przyznała się do trzech takich wycieczek, numerki bez prezerwatywy na tylnym siedzeniu jego auta. Latała potem do lekarza po tabletki wczesnoporonne. Ten ich romans był krótki - trwał około 2 miesiące, lecz był bardzo intensywny. Pisali do siebie cały czas "od obudzenia się do pójścia spać". Spotykała się z nim codziennie, wyłączając większość weekendów i prawie zawsze dwukrotnie w ciągu zwykłego dnia. Widywali się rano, zawoził ją do pracy, potem zwykle wychodziła z pracy wcześniej, przyjeżdżał po nią i spędzali wspólnie jakieś 2-3 godziny, po czym przywoził ją w okolice domu. Dzień po dniu. Chodzili na obiadki, spacerki, do kina i wspomniane wycieczki do lasu, głównie jednak, jak ona twierdzi, jeździli bez celu jego samochodem po wiochach za miastem. Kupowali sobie prezenty za kilkaset złotych, ona jemu także. Przyznała, że bardzo dużo się przytulali, dotykali i całowali, było to ich główne zajęcie. Rozmawiało się jej z nim, jakby znali się od wieków, rozumieli się, było wesoło i cudownie przyjemnie. Bardzo się sobie podobali - ona opisała go tak: wysoki, dobrze zbudowany, niebywale zadbany, ogólnie ciężko przystojny, męski, bardzo optymistyczny, wesoły, inteligentny, opiekuńczy, wad nie stwierdziła. Był dla niej bardzo ważny, myślała o nim całymi dniami. Czuła się przy nim piękna, interesująca, "unosiła się w powietrzu", szczęśliwa, odkryła, że może w jej życiu być coś więcej, niż małżeńska nuda. On obsypywał ją komplementami, wyznaniami, troskliwością. Twierdzi, że się w nim nie zakochała, a "tylko" zauroczyła. Dzięki tej znajomości zaczęła bardziej dbać o siebie, o wygląd i zdrowie, wizyty u ginekologa itd. Tak chyba pokrótce mogę przedstawić to, do czego się przyznała. Nie wiem jak to ocenicie, dla mnie jednak, biorąc pod uwagę jej zapewnienia, że to jej pierwsza zdrada, poszło jej po mistrzowsku, wybitnie, była szybka, łatwa i tania. Jeśli to jedyny raz, to wykazała jakiś wrodzony talent w oszukiwaniu, zdradzaniu i puszczaniu się. Arcyzdrada na wszystkich polach - wirtualnie, emocjonalnie i fizycznie w tempie turbo. Dla mnie tak to wygląda. Przyznała, że gdyby to trwało dłużej, na pewno dopuściłaby się o wiele gorszych czynów, a do zakochania się bardzo niewiele jej już brakowało. Marzyli też o wspólnym wyjeździe. Nie mam pewności, czy zakończyła ten romans, ale kazałem jej napisać do niego, że to koniec. Ta jej wiadomość była bardzo lakoniczna i można było w niej łatwo wyczuć jej żal, że już po wszystkim. I tak odebrał ją oczywiście kochanek. Próbował dalej, pisał. Więc ja napisałem w jej imieniu do niego w sposób, w jaki powinno to wyglądać, żeby nie miał wątpliwości. Z wielkim bólem wysłała to do niego, z tego co mogę wiedzieć - poskutkowało. Oczywiście potem weszły w życie zwykłe "środki zaradcze" - telefon dla mnie dostępny, podane wszystkie hasła, melduje się gdzie jest, kiedy wróci itd. Oczywiście namierzyłem także lowelasa, wiem gdzie pracuje, i że mieszka niedaleko nas. Odwiedziłem też jego żonę, bo myślę, że tak trzeba, bo sam chciałbym, żeby druga strona mnie poinformowała, gdyby to u niego się wydało. Dowiedziałem się, że jego małżeństwo jest w kiepskim stanie, żona od bardzo dawna podejrzewała go o różne zdrady, znajdowała dowody np. w formie rachunków za damskie prezenty, o których nie wiedziała. Miła, ładna kobieta, nie chciała oceniać mojej połowicy, a mnie nazwała aniołem stróżem swojej żony. Podobno w temacie tej zdrady szedł w zaparte do końca, wystawiła go za drzwi. Widuję go jednak w moich okolicach, więc nie wiem, czy nie przyjęła go z powrotem. Jeśli chodzi o moje małżeństwo, byliśmy przez wiele, wiele lat bardzo szczęśliwą parą. Idealnie dopasowani, niebywale zżyci, prawie się nie kłóciliśmy. Stanowiliśmy wyjątkowo udaną rodzinę z dwójką cudownych dzieci. Parę lat temu wpadliśmy w gigantyczne kłopoty. Trwają do dziś. Szliśmy przez to razem, ale coś zaczęło się przez to psuć. Popadliśmy w marazm, odrętwienie, depresję. Nie mieliśmy sił już na nic (lecz jak się okazało mnóstwo chęci i siły na bzykanie z przypadkowym facetem moja żona znalazła natychmiast). Oddaliliśmy się od siebie. I ja i ona zaniedbaliśmy nasz związek, oboje czuliśmy, że nasza więź osłabła, tak jak zawsze - czuliśmy się podobnie: coraz bardziej osobno. Sfera seksu także ucierpiała. Żona tłumaczyła swoje zdradzanie typowo - czuła się samotna, stara, nieatrakcyjna, potrzebowała czułości, zainteresowania. Pojawił się przystojny, ciekawy i "bardzo fajny facet", nie potrafiła mu się oprzeć, uległa. Mówiła potem, że zupełnie nie wie jak to się wszystko stało - znacie to? Miała jakieś zaćmienie, nie myślała o konsekwencjach, o mnie, rodzinie, dzieciach, myślała wyłącznie o sobie. Jak to przeżyłem? Bardzo ciężko, nie będę wchodził w szczegóły, bo nawet anonimowo mi wstyd. Od łez po agresję. Samo dno rozpaczy i akty desperacji. Pierwszy miesiąc byłem kompletnie niepoczytalny, wszystko pamiętam jak przez sen. Ośmielę się stwierdzić, że przechodzę to ciężej, niż większość przypadków. Potwierdził to też terapeuta - tak, raz poszedłem za namową żony. Ona była 2-3 razy, w planach mamy wspólną wizytę za kilkanaście dni. Moje małżeństwo i moja żona była dla mnie wszystkim, całym moim życiem. Dosłownie. A ja sam jestem niezłym oryginałem. Cały zbudowany ze sprzeczności. Dla kobiet jest to intrygujące, dla facetów denerwujące, dla mnie samego jest przekleństwem. Jestem twardy i wrażliwy, ponury i dowcipny, otwarty i wrogi. Wierzcie mi, ciężko żyje się z takim rozwarstwieniem w głowie i sercu. Do tego coś w typie artystycznej duszy pod względem kreatywności. Przez całe życie już od dziecka, miałem przegwizdane jak rzadko kto. Los nie oszczędzał mi nieszczęść. Aż spotkałem ją - zdawało mi się, że to cud. Mogła mieć każdego, pokochała mnie. Jestem dość samokrytyczny i wiem, że popełniłem masę błędów. Nie byłem idealnym partnerem, wyjaśniliśmy sobie szczerze deficyty w naszym dotychczasowym małżeństwie. Jedno mogę powiedzieć o sobie na pewno. Jestem porządnym facetem. Nigdy nie zdradziłem, jestem oddany i lojalny do bólu. Mam zasady, a że do brzydali się nie zaliczam, miewałem okazje, by przetestować swoją uczciwość. Życie pokazało, że nie znałem swojej żony, trwałem w iluzji, marzeniu, w krainie Morfeusza. Usłyszałem od żony zapewnienia, które słyszał niejeden/niejedna z Was - kocha mnie, nigdy więcej nie zdradzi, za nic nie chce mnie stracić itd. Ból, który żywym ogniem wypala mnie od wewnątrz, trawi mnie wciąż z niesłabnącą zawziętością. Nie jestem już tym samym człowiekiem, jakaś część mnie bezpowrotnie umarła. Nie miałem myśli samobójczych - przecież mam dzieci, to, co czuję, to raczej zwykłe pragnienie śmierci. Przenigdy nie zgadłbym, jak koszmarne uczucia wywołuje zdrada. Części z nich nie potrafię nawet nazwać. Hitlerowi nie życzę. Napisałem to, bo nie mam nikogo, komu mógłbym o tym powiedzieć. Spośród hord demonów, które od miesięcy w każdej sekundzie rozrywają mnie na strzępy, najpotężniejsze są trzy bestie: czy poznałem całą prawdę, czy zakończyła tę znajomość, czy nie zdradzi mnie ponownie. Niezbyt więc oryginalnie w takich okolicznościach. Znalazłem się w sytuacji, z której są dwa wyjścia - oba nie do przyjęcia, ponieważ bardzo ją kocham, nie chcę stracić rodziny. Nie potrafię żyć z nią i tym, czego się dopuściła, ani bez niej, po rozwodzie. Przez te 4 miesiące niewiele się zmieniło. Jak długo to jeszcze potrwa? Co mam zrobić? Jestem bliski obłędu. Będę wdzięczny za jakiś odzew.
Rozszerzona zawartość newsa