Jeszcze nic się nie stało (?), a poradzić sobie z tym nie sposób
Dodane przez Arnika dnia Maj 22 2020 08:29:09
Czytając dużo historii z forum , zastanawiam się czy zawracanie Wam głowy jest na miejscu , bo może w moim przypadku naprawdę nic się takiego nie stało , a ja po prostu złą i roszczeniową kobietą jestemr1;. Jeśli tak jest, proszę abyście bez zbędnych uprzejmości rspuścili mnie po rynnier1; ;-). Historia banalna : Małżeństwo od 20 lat. Takie któremu się zazdrości -żadnych kredytów, problemów, apartament i dwa mieszkania w dużym mieście, posiadłość nieopodal małego miasteczka w turystycznej lokalizacji. Liczne podróże. Oboje atrakcyjni, wykształceni, ja nie musiałam nigdy pracować, więc zaangażowana charytatywnie, moderator znanej platformy, wolny strzelec tworzący coś i sprzedający od czasu do czasu na przysłowiowe waciki, zajmująca się schorowanymi rodzicami i teściami, nasz dom na tip top wkrótce pojawia się dziecko - idealna córka piękna , mądra, dobra, najlepsza uczennica, olimpijka przedmiotowa, pianistka, plastyk jakby tego było mało wyczynowy sport i to wszystko sama z siebie , żadnego przymusu z naszej strony. Obrazek idealny, gdyby nie zdrowie, moje konkretnie-najpierw dwa poronienia na wczesnym etapie i ja udająca, ze taka natura, ze mnie to nie obeszło , a potem chłoniak w remisji o którym długo nikomu nie mówiłam bo po szybkim uderzeniowym eksperymentalnym leczeniu przeszedł w remisję i mimo ze zniszczył organizm siedzi cicho już kilka lat. Rysa na szkle pojawiła się według mnie 3 lata temu, według męża dużo wcześniej. Ja ekstrawertyczka , choleryk jak coś miałam na wątrobie to urządzałam awanturę i dla mnie było po sprawie. Nie rozumiałam , że dla niego tak nie jest, że on w sobie wszystko kumulował. 3 lata temu zaczął się odsuwać, nie reagować na moją złość, pomyślałam , że wreszcie mnie rozumie, że dojrzał. A jemu przestało zależeć. Zaczął popadać w depresję, ale uznał , że to jeszcze nie etap na leki, zaczął biegać. Wtedy umarł mu ojciec , a on zamiast opaść na dno - odżył, a ja przestałam istnieć. Telefonu i komputera nie chował, bo ja mam ( miałam)obsesję uczciwości i nigdy bym nie sprawdziła, zresztą chyba mu nie zależało czy się dowiem czy nie. W końcu przyciśnięty do muru zaczął sypać : najpierw ze powie jak będzie gotowy i mam czekać, ale nie dałam za wygraną- powiedziałam, ze jeśli chce to możemy się rozstać , że aby było dobrze naszej rodzinie nie musimy być razem. Że damy radę. Odważna byłam albo głupia- taka zagrywka va bank. A on się ucieszył i mówi, że aż mu głupio , że w tym wieku (45) się zakochał jak uczniak. Nie wiem skąd wzięłam w sobie siłę albo mądrość ale od razu wzięłam jego twarz w dłonie spokojnie spojrzałam współczująco w oczy i powiedziałam, że jeśli jest pewien, że ją kocha, a do mnie nic już nie czuje to chcę aby wiedział, że ja chcę jego szczęścia, i jeśli ma mu je dać tamta kobieta , to niech tak będzie. Nie zrobię mu żadnych problemów. Był w szoku, spodziewał się wyrzucania ciuchów przez okno i biegania z tasakiem. Nie wie, że ja byłam w szoku nie mniejszym. I wtedy pierwszy raz od dawna szczerze porozmawialiśmy. Powiedział ,że brakowało mu czułości, uwagi, sexu , ze myślał że uważam go za nieudacznika i już nic do niego nie czuję. Ja nic nie widziałam, nie jestem wylewna, za to energiczna i szybko popadająca we frustracje jeśli coś nie idzie po mojej myśli, myślałam, że po tylu latach związek tak wygląda: sporadyczny sex, obowiązki i proza życia, motyle dawno uleciały i jest się kumplami pod jednym dachem. Nigdy nie przestałam go kochać ale nie czułam potrzeby okazywania tego na każdym kroku. No i znalazła się wśród jego podwładnych pare lat młodsza rozwódka z dzieckiem. Ani ładniejsza, ani mądrzejsza za to spokojna, miła, ciepła, rozumiejąca, pocieszająca. Po naszej rozmowie doszedł do wniosku, ze to wszystko to brak komunikacji i zrozumienia, i chce wszystko zacząć od nowa tym razem pracując nad związkiem, ja zapytałam czy z nią spał, powiedział, że nie. Chociaż to nie było dla mnie tak ważne , zaangażowanie emocjonalne uważam za dużo gorsze. Poprosiłam tylko abym nigdy nie znalazła dowodów ze było inaczej. Jeśli skłamał dla mojego komfortu , to niech to nigdy nie wypłynie. Jego grzech jego sprawa , niech mnie tym nie obciąża , od czego są spowiednicy i psychoanalitycy . No i zaczęliśmy nowe życie , najpierw pół roku miesiąca miodowego, sex 2 razy dziennie wspólne zajęcia, wyjazdy, sielanka , ale i permanentna kontrola małżonka,kolejne półtora roku to niemal idylla przeplatana spięciami- zawsze z mojej winy. Spięcia są coraz ostrzejsze, nie mogę sobie poradzić z własnymi uczuciami, zdążą mi się popadać w histerię o pierdoły, często robię z igły widły. Sądzę, że powinien bardziej docenić moją postawę, bardziej się starać, okazywać jaki to jest szczęśliwy, ale to moje -nieznane dotąd uczucia, rozum mówi , że sama jestem sobie winna, że nie dbałam wystarczająco o niego skoro szukał pocieszenia, a skoro został to ja powinnam być mu wdzięczna. Mój stan psychiczny przekłada się na zdrowie, dołączają się nowe choroby jako skutki leczenia , tylko patrzeć jak świństwo które we mnie siedzi znów zacznie siać spustoszenie. Psycholog powiedział, ze ja wszystko wiem, a to jest 50% sukcesu reszta to praca nad sobą. Tylko kurczę jakoś mi nie wychodzi. Co robię źle? Jak iść dalej? Zaufanie nigdy nie wróci, prawda?
Rozszerzona zawartość newsa